Światła reflektorów przygasły i w jednej krótkiej sekundzie w lusterku zobaczyła czarną postać. Głowa, jakby w bandażach, niczym mumia, z czarną dziurą zamiast twarzy…
Nagle jakiś straszny niepokój, nie wiedzieć skąd, ścisnął jej żołądek. Otworzyła w pośpiechu dwa pozostałe zamki i wpadła do domu. W mieszkaniu panowała kompletna ciemność.
Mężczyzna opisywał, jak wracając ciemną drogą BAD3, na którą sam nie wiedział, jak trafił, coś „zmusiło go” do przywołania obrazu swojej narzeczonej, a po powrocie do domu dziewczyny już nie było. Szuka jej od roku, błaga o pomoc. Post był opatrzony datą sprzed trzech lat!
Osoby w samochodzie to każdorazowo ktoś po długiej trasie, zmęczony lub zdenerwowany. Osłabienie organizmu powoduje, że staje się on bardziej uległy, skłonny do sugestii oraz iluzji.
– On mi to „przekazał”, to było kompletnie surrealistyczne uczucie. Nagle, kiedy patrzyłem mu w oczy i wiedziałem, że nie mogę o niczym myśleć, mój cały umysł skupił się tylko na nim i w ułamku sekundy zobaczyłem, jak Alex i Max wchodzą do parku. Tam, gdzie zazwyczaj chodzicie… Wiem, że to brzmi dziwnie, ale jestem przekonany, że oni teraz tam są. Szybko, wsiadaj do samochodu, musimy tam jechać. – Steven był bardzo podekscytowany.
– O kurwa, Steven… Tym razem się doigrałeś – jęknął przeciągle, bo jego mózg zarejestrował w tym momencie powagę sytuacji. Tak, zrobił to: świadomie zdecydował się wejść w paszczę lwa, by pomóc siostrze. To nie był kac-gigant, to było realne… Na tyle realne, na ile można było mówić o jego abstrakcyjnej sytuacji. Był u NIEGO: mitycznego potwora ze starosłowiańskich legend…
Do jego uszu dobiegł jej donośny ni to śmiech, ni charkanie. Nie dbał o to i histerycznie zaczął owijać palce czarnym materiałem: ból ustał w sekundę. Pojął, że chyba popełnił straszny błąd i na powrót spróbował w pośpiechu odwinąć dłoń, lecz kiedy tylko zdjął brudny gałgan, jego dwa palce były jak spopielona główka zapałki i na jego oczach rozsypały się w pył… ZOSTAŁ BEZ PIEPRZONYCH DWÓCH PALCÓW!
Patrzyła na niego z nutką podziwu i zazdrości, że w nim nadal było tyle nadziei. Jednak przybył tutaj tak niedawno, że jeszcze mógł mieć jej pewne zapasy – ona już żyła na wyczerpujących się rezerwach. Jednocześnie jej twarz przez ostatnie godziny, odkąd spotkała tego mężczyznę, znowu przybrała bardziej ludzki kolor. Chyba wlał w nią nieco swojej siły i jakiś maleńki pierwiastek nadziei… Może jest jakaś minimalna szansa jeszcze dla nich na powrót do domu?
– Unhapius – zaczął wreszcie niepewnie starzec — jako młody kawaler zakochał się bez pamięci w bogini Radości. Za nic miał naturalne sprzeczności, które wyrosły między młodymi w związku z ich pierwotnymi, powiedzmy, „funkcjami”. Bogini Radości miała przecież rozsiewać pozytywne uczucia, a on, jak wiadomo, miał w swoim przeznaczeniu sprowadzać na ludzi upadek… Wbrew wszystkiemu jednak przez krótki czas wydawać się mogło, że oboje jakoś odnajdywali się w tej relacji, Bogini powiła nawet córkę… Jednak szybko po porodzie Radości otworzyły się oczy. Zwłaszcza że powite dziecię było szkaradne – ewidentnie los zakpił z ich związku, dając im naoczny dowód, że nie powinni być razem. W przypływach pozytywnych uczyć, które jednak były coraz rzadsze, bogini widziała swoją córkę jako piękną, rudowłosą dziewczynę o alabastrowej cerze.
Upadł, krztusząc się pyłem, który osiadł mu chyba na każdej komórce ciała. Wręcz czuł ten brud i smród wewnątrz siebie, a teraz jeszcze tuż obok, bo kiedy tylko dziwna trąba powietrzna, która porwała go od Wandy i starszej pani, wypluła go na zewnątrz, zdał sobie sprawę, że oto obok znowu stoi ona: Dizhastra.
Chłopiec szybko dopasowywał elementy do siebie. Po raz kolejny, patrząc na obrazek z puzzli, malec widział co innego niż rodzice: dla niego puzzle przedstawiały bajeczną, kolorową krainę, dla nich świat dotknięty klęską i upadkiem.
Te kilka metrów, które teraz pokonywali wspólnie, każde pochłonięte w swoich rozmyślaniach z rodzącą się nadzieją na dobre zakończenie, a jednocześnie gasnącą energią i siłą, było największym wyzwaniem w ich życiu. Wszystko, co miało się rozegrać przez kilka następnych minut, miało być w końcu ich być albo nie być… i to dosłownie.
Znowu dziwne niewyraźne skrzypnięcie parkietu w rogu pokoju dobiegło do jego świadomości. Odwrócił się szybko w tamtym kierunku, lecz po raz kolejny jego wzrok nie wyłapał niczego niepokojącego.
– Teraz nadszedł czas spłaty twojego długu: za każde pytanie, każdą niepewność, którą dzieliłeś się ze mną, oczekując wsparcia i rady. Należy mi się jedna samotna dusza z twojego świata.
– Że co? Nie rozumiem! To jakieś szaleństwo! Czy to sen?
– Chcesz powiedzieć, że moja dłoń jest związana z twoim mitycznym potworem? – Steven spojrzał na Maxa z powątpiewaniem, lecz mina zrzedła mu jeszcze bardziej. Jak dotąd nie chciał nawet się nad tym zastanawiać i starał się przekonać swój umysł, że czerwono-zielone światełka na nadgarstku, które dojrzał w nocy, były tylko przewidzeniem. Teraz sprawa faktycznie nabierała nieco innego wymiaru i chyba bał się myśleć jakiego.
Steven chwycił się za dłoń, która teraz delikatnie żarzyła się jak gasnący chrust na ognisku i cofając się na poprzednie miejsce Maxa, dał mu znak, że wszystko z nim w porządku, chociaż po prawdzie nie miał bladego pojęcia, co to wszystko, co przed chwilą się rozegrało, miało tak naprawdę znaczyć.
Steven spokojnie przejechał wzdłuż powierzchni „ręki” zimnym lodem. Coś zaskwierczało nieprzyjemnie i wszyscy poczuli drażliwy zapach kalafonii: swąd niczym lutowanej miedzi przeniknął szybko do nozdrzy każdego z nich.
Dobre czterdzieści minut zajęło im przesunięcie wierzchniej płyty do trzech czwartych nagrobka. Nie zamierzali zsuwać go całkowicie w obawie, że nie będą w stanie go potem nałożyć z powrotem. W końcu lepiej było nie pozostawiać po sobie śladów. Steven dziękował w duchu, że siostrzeniec, mimo wątłej na pierwszy rzut oka budowy, miał parę w mięśniach, bo sam był ledwo żywy. Chyba po wszystkim będzie musiał zacząć o siebie bardziej dbać: może jakaś siłownia. „O ile będzie jakieś potem”, przyszło mu nagle do głowy.
– Boże drogi… Czyli chcesz mi powiedzieć, że Max właśnie przewalał szczątki profesora w grobie? Że rozkopaliście jego GRÓB? – Greta aż zakryła usta rękami, wypowiadając ostatnie zdanie.
– Boże… To wszystko jest chore – jęknęła Emilia z kąta pomieszczenia.
Ku ich totalnemu zachwytowi lodowata ciecz w basenie chyba wreszcie zaczynała robić swoje: na własne oczy obserwowali teraz, jak stopniowo, kawałek po kawałku najpierw prawa resztka kończyny powoli odpadła od korpusu Solitudy i dryfowała krótką chwilkę po powierzchni, po czym zanurzyła się pod wodą i powoli opadła swoim ciężarem na samo dno basenu. Następnie lewa dłoń podążyła powoli w jej ślady…
|
|




